Uprzednie postępowanie pana Fouchś w niczym nie świadczyło o jakichś zasadach moralnych, często mó¬wił o cnocie jako bajeczce dla dzieci. Niezwykła by¬strość skłaniała go jednak do wybierania dobra jako czegoś rozsądnego, a wiedza i rozum narzucały mu nie¬kiedy to, co innym podsunęłoby sumienie. Pan Fouche poradził mi, abym udała się na wieś, i zapewnił, że za kilka dni wszystko się uspokoi. Kiedy jednak wró¬ciłam do Paryża, daleko było do tego uspokojenia i doświadczyłam tych wszystkich przykrości natury towarzyskiej, których przyczyną jest różnica przeko¬nań politycznych.
Panu de Talleyrand oddałam niegdyś niezwykle ważne usługi i, co ważniejsze od wszelkich usług, lata całe darzyłam go najszczerszą przyjaźnią. Otóż pan de Talleyrand miał wydać wielki bal i pani B(onaparte), zawsze tak dobra dla nieszczęśliwych, ile pozwalała na to jej sytuacja, poleciła, by mi powtórzono, że na tym balu skłoni Pierwszego Konsula, aby ze mną po¬rozmawiał, i ma nadzieję, że ta rozmowa rozproszy wszelkie moje niepokoje co do możliwości wygnania. Czekałam więc na ten bal z niecierpliwością i nawet mi przez myśl nie przeszło, że pan de Talleyrand mógł¬by mnie nie zaprosić. | |
|